• Wpisów: 3895
  • Średnio co: 21 godzin
  • Ostatni wpis: 2 lata temu, 22:25
  • Licznik odwiedzin: 734 470 / 3538 dni
 
kura
 
W związku z poprzednimi notatkami o ambitnych opowiadankach, miałam zamiar właśnie napisać, jak bardzo śmieszy mnie przyjęta na blogach maniera "pisania interaktywnego", czyli pod dyktando czytelników. Zwykle wygląda to mniej więcej tak:
"Hermiona otworzyła drzwi i zobaczyła... CDN. Co chcecie, żeby zobaczyła Hermiona? Piszcie w komentarzach".
Hm, no cóż, byłam zdania, że jeśli autor nie wie, co zobaczyła Hermiona i jak poprowadzi dalej akcję... to lepiej niech się nie bierze za pisanie, póki sobie tego porządnie nie obmyśli.
Ale...
ale...
ale ostatnio w swoim własnym opowiadaniu zabuksowałam się kompletnie, jak trabant na polnej drodze, a niejaka Kasiakaz podpowiedziała mi, jak z tego wybrnąć.
To się chyba jednak przeproszę z pomysłem pisania interaktywnego.

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego
  • awatar
     
     
    blusz
    patrząc niespokojnie za jaszą odchodzącym w siną dal, w stronę Krainy Obowiązków i Dzikich Kotów , Indiana pomyślał "to koniec..."
     
  •  
     
    To go olśniło. Przecież jest tu po to, aby szukać Sodomy i Gomory! Gdyby tak wykorzystać odmienne stany świadomości, w jakie zapada lady Cecilia w tej okolicy, to prace wykopaliskowe trwałyby o wiele krócej. Zrobić coś w rodzaju kompasu, ale jak?
    „To proste, trzeba tylko ją nieco usztywnić, wyznaczyć punkt ciężkości, wbić w niego pręt. Potem już tylko dobrze to umocować i kompas jak się patrzy”, z boku podpowiedział Jasza ogromnie rozbawiony swoim własnym pomysłem.
    - A idźże ty, już dość namieszałeś... W głosie Indiany brzmiał smutek.

    Jasza oddalił się z chytrym uśmiechem, widząc jak szanowany w kręgach naukowców profesor Indiana Jones tarza się wściekle po ziemi, młócąc rękami dookoła, kopiąc i wzniecając tumany kurzu.
    - Niech dalej bije się z myślami. Dobrze mu to zrobi. - Mruknął Jasza i poszedł do swoich obowiązków.
     
  •  
     
    Ocknął się w namiocie szpitalnym. Zdołał otworzyć jedno oko, drugie było zbyt obrzęknięte. Najpierw kontemplował kilka much krążących pod sufitem, potem odwrócił głowę. Obok leżał konsul. Nie tylko był opuchnięty, ale też pokrwawiony i z purpurowymi siniakami na twarzy. Ktoś go nieźle sponiewierał.
    - Panie profesorze, proszę wybaczyć, chyba się zanadto uniosłem…
    - Nie ma sprawy, ale kto pana tak?
    - Ona! Cecylia! Rzuciła się na mnie z pięściami, biła! Kopała!
    Jakieś bolesne wspomnienie kazało konsulowi zwinąć się w kłębek ze zgiętymi kolanami i rękami wciśniętymi między uda.
    - Ach, jak ona mnie kopnęła… skarżył się cicho jak skrzywdzone dziecko.
    Indy z trudem wyszedł przed namiot, lecz siły go opuściły i ciężko siadł na kamieniu. Ukrył twarz w dłoniach i oddał się rozmyślaniom.
    - Boże, co tu się dzieje? Dystyngowana lady Cecilia  wulgarna jak dziwka, wijąca się z kobrą, całująca namiętnie starego wałacha, zawstydzająca wielbłądy swoim zachowaniem… Sodoma i Gomora.
     
  •  
     
    - Niestety nie. Pogryzła kobrę. Ale była już martwa. - Dodał szybko, widząc jakie piorunujące wrażenie zrobiło to na konsulu.  To znaczy kobra była uduszona.
    - Jeszcze coś?
    - Całowała konia.
    - Nie.
    - Tak. W pysk.
    - A koń co na to?
    - Był zażenowany.
    - Well, nie dziwię się.
    Zapadła bardzo długa chwila milczenia, którą konsul w końcu przerwał, proponując pójście do składziku, żeby zobaczyć co z jego żoną…
    Wewnątrz panowała całkowita cisza. Stali pod drzwiami, nie mając odwagi ich uchylić.
    - Może śpi? Rzucił konsul
    - Może knuje coś strasznego?
    - Może śpi? Szepnęli jednocześnie i weszli do środka.
    Łóżko lady Cecilii było puste.
    Nagle zza którejś ze skrzyń rozległo się szczebiotliwe: A kuku!
    - Indy, kochanie moje, przyszedłeś! Indy – jestem twoja!
    Straszliwy cios zwalił Indianę z nóg. Zdążył jeszcze pomyśleć „ten flegmatyczny Angol musiał mieć babcię z Irlandii”, po czym zapadł w ciemność.
     
  •  
     
    - Profesorze, niech pan nic przede mną nie ukrywa. Proszę mówić, co jest z moją żoną. Gdzie ona jest?
    - Teraz opiekuje się nią nasz lekarz, doktor Grey. Dał jej silne środki uspokajające. Jest tutaj – pokazał na niski, lecz solidny barak z suszonej na słońcu cegły. – To nasz magazyn, trzymamy w nim sprzęt, narzędzia… no wie pan.
    Konsul wciąż patrzył na niego pytająco.
    - No… bo to magazyn. Tu są bardzo mocne drzwi.
    - Moja żona jest niebezpieczna?
    - Bywa.
    - Jak to „bywa”?
    - Czasem jest niebezpieczna, a czasem… nie mogę użyć innego słowa – dziwna.
    - Co pan przez to rozumie, profesorze? Brwi konsula pofrunęły na środek łysiny i tam zostały.
    - Tańczy jak bachantka, ale nie to najgorsze. Czasem też gryzie węża.
    - Ogrodowego? Zapytał konsul, a w jego pytaniu brzmiało wszystko: pobożne życzenie, nadzieja, ulga.
     
  •  
     
    Rzucili się na nią, ścieli z nóg, a gdy leżała – owinęli ciasno w różowy jedwab, tłumacząc baldachimowi, że w jego splotach leży ich los. Na szczęście chyba spodobała mu się ta nowa rola, bo ciaśniej owinął się wokół lady Cecylii i widać było, że czeka na nowe polecenia.
    - Idziemy! Rzucił Indiana i ruszyli. Na przedzie on i Kate, za nimi łoże, potem niezliczona ilość węży a na końcu coś, co wyglądało jak wielka, różowa dżdżownica. To żyło i śpiewało, choć głos miało zduszony.
    Na szczęście z bazy wyjechało konno kilku studentów i teraz nie było końca powitaniom, poklepywaniom po ramionach i deklaracjom pomocy. Wspólnymi siłami wrzucili rulon z panią konsulowa na koński grzbiet i skierowali się do obozu.
    Wieczorem, już po zapadnięciu zmroku dotarł do nich konsul, zawiadomiony przez umyślnego, że natychmiast, bez chwili zwłoki musi pojawić się w bazie.
    Po zdawkowych, pospiesznych powitaniach odciągnął Indianę na bok, żeby móc swobodnie porozmawiać.
     
  •  
     
    - Oj, będzie się działo, mruknął do siebie Indiana i odsunął się na bok, żeby nie być w polu rażenia.  Wolał jednak nie spuszczać ich obu z oczu, toteż mógł ujrzeć, jakie wrażenie zrobiły słowa Kate na lady Cecylii. Sapnęła z wściekłością, kilkoma zamaszystymi kopniakami utorowała sobie drogę wśród węży, podeszła do trupa kobry, zarzuciła ją na szyję jak boa. Potrząsnęła swymi żółtymi loczkami i wykonując kuliste ruchy biodrami zaintonowała:
    - „Jestem tu tylko po to, by kochać mnie”.  Do tego wszystkiego lubieżnie gładziła węża jak też własne, obfite kształty,  próbowała podrapać się między łopatkami i przesuwała dłoń po nogach w podartych strzępach kabaretek.
    - Co jej jest? Szeptem spytała Kate.
    - Nie wiem, już raz miała to w jaskini, ale myślałem, że jej przeszło gdy rąbnęła głową w kamień. No a popatrz, znów ją naszło i to jak!
    - To co robimy?
    - Może ją mocno związać i zawlec jakoś do bazy?
    - Związać – ale czym?
    - Może tym? Podsunął Indiana, ruchem głowy wskazując na baldachim.
     
  •  
     
    Jasna cholera! - jęknął Indy, czując, że za chwilę powtórzy się scena z jaskini. Rozejrzał się, którędy uciekać. To, co zobaczył za swymi plecami, przyprawiło go o dreszcz zgrozy.
    Kate stała równie osłupiała, tak samo pogrążona w transie...
    Indianie opadły ręce. Węże klapnęły na pyski.
    - Jam jest Astarte... - nuciła lady Cecilia.
    - Jam jest Inanna! - ryknęła groźnie Kate, patrząc morderczym wzrokiem na rywalkę.
     
  •  
     
    Węże, istotnie, słuchały, kołysząc się z prawa na lewo z wzrokiem coraz bardziej szklistym. Kate spojrzała na Jonesa z niekłamanym uznaniem. Nigdy nie myślała, że znajomość starożytnych poematów może mieć tak praktyczne znaczenie.
    Ale...
    nie tylko węże miały szklisty wzrok.
    Również lady Cecilia, przed chwilą jeszcze jęcząca i narzekająca w głos, teraz dziwnie ucichła, znieruchomiała, a z jej drobnych usteczek wydobył się ponownie monotonny zaśpiew.
     
  •  
     
    wody, jęknął Indy. Najpierw daj wody, potem...
    Gdy pił z zamkniętymi oczami, słyszał przed sobą cichy szelest zbliżających się węży, a za sobą lekkie kroki Kate, która najwyraźniej chciała się schować za jego plecami.
    Gdy w końcu oderwał się od menażki szepnął do niej:
    - nie bój się, mam na nie sposób.
    Stanął i zrobił dwa zdecydowane ruchy rękoma.
    Węże ustawiły się w kilku rzędach.
    Spojrzał na nie groźnie, tak że pochyliły łby, zerkając na niego z uwagą.
    Zaczął wyginać palce, machać dłońmi, robił dziwne znaki w powietrzu.
    Węże popatrywały na siebie ze zdumieniem, poczym zaczęły falować, przybierając najróżniejsze formy.
    - Indy, co ty robisz? cicho szepnęła Kate.
    - Ciiii. To Enuma Elisz w języku migowym. Patrz - słuchają.
     
  •  
     
    Tymczasem znów pojawiło się między nimi Napięcie. Było jednak takie jakieś... niezdecydowane. Wahało się bowiem, czy ma być Elektryczne, czy też raczej Erotyczne, stanowczo natomiast odrzucając możliwość zostania Przedmiesiączkowym.
     
  •  
     
    Indiana obejrzał się.
    Z groty, szeleszcząc i sapiąc, wypełzał właśnie brudny, pomięty i poszarpany baldachim z różowego jedwabiu z frędzelkami.
    Zaraz... frędzelkami?
    Indy przetarł oczy.
    Brzegi baldachimu obwieszone były setkami węży. Pełzły w ich stronę ze stłumionym sykiem, ciągnąc za sobą zaszarganą, jedwabną płachtę. Na jej środku spoczywała olbrzymia kobra królewska. Martwa. Całkowicie i nieodwołalnie.
     
  •  
     
    Nie czekając na rozwój wypadków, Indiana chwycił ją za rękę i zaczął uciekać w stronę wyjścia.
    Niestety - lady Cecilia była już sobą. Dreptała u jego boku niezgrabnie, potykając się i jękliwie narzekając.
    Tak ją trochę ciągnąc, a trochę niosąc na plecach, Indiana zmierzał ku powiększającemu się wylotowi jaskini.
    Gdy już resztką sił pełzł przed siebie, na ramieniu poczuł silną dłoń i gwałtowne szarpnięcie. Z trudem otwarł oczy - blask słońca, zmęczenie i brak tchu nie pozwoliły mu od razu poznać wybawiciela.
    Ale usłyszał znajomy głos:
    - Indiana, skąd ty wziąłeś tę brudną szmatę?
    Do końca chciał być szarmancki, więc z zaschniętego gardła wyrzucił chrapliwie:
    - to lady Cecila, nie poznajesz, Katy?
    - nie panią konsulową miałam na myśli, lecz to co ciągniesz za sobą...
     
  •  
     
    Pokonując lęk i obrzydzenie, Indiana oburącz chwycił ciężką masę na wpół uduszonych gadów i cisnął ją za siebie, wprost na pierś lady Cecylii.
    Przez kilkanaście sekund leżała tak przywalona wężami, poczym otwarła oczy, jednym ruchem odgarnęła wijący się ciężar, rozejrzała się wokół i swoim naturalnym głosem pisnęła :
    - Profesor Jones? Jakże mi miło znów pana widzieć!
    Nagle ucichła, rozejrzała się i zaczęła histerycznie krzyczeć.
    - Gdzie ja jestem? Co się tu dzieje? I dlaczego mam na sobie ten wulgarny gorset?  

    Łoże zaskrzypiało znacząco, a baldachim ułożył faldy w ironiczny uśmiech.
     
  •  
     
    Indiana był w potrzasku. Z jednej strony miał prężącą się do skoku kobrę, z drugiej - niewiele mniej groźną lady Cecilię. Dla uspokojenia nerwów zaczął liczyć kłębiące mu się u stóp węże, lecz te, zbite w wielką, ruchliwą masę nie ułatwiały mu zadania. Dla ułatwienia sobie tego zbożnego dzieła, Indy zaczął dziobać palcem powietrzu. Lecz efekt był gorszcy, niż mógłby przypuszczać - cielska zaczęły falować równo z ruchem jego palca. Nagle go olśniło - to była szansa! Zakręcił palcem kółko i węże utworzyły wir. Zakręcił w drugą stronę i widać było, że lekko zgłupiały. Splątały się nieco, lecz po chwili posłusznie odwróciły się i zaczęły krążyć.
    - Tu was mam! pomyślał w duchu i poruszył wszystkimi palcami jakby grając na klarnecie. Węże uniosły się w wysoki słup, zacisnęły się mocniej i całkowicie zsupłały.
    Z wnętrza węzła wystawał łeb kobry z wytrzeszczonymi gałami i wywalonym językiem.
     
  •  
     
    - E, co jessssst do cholery? - zirytowała się kobra. - Dlaczego nikt na mnie nie zwraca uwagi? A w ogóle, to tu się zaczyna robić ciasno! Sssssspadać! - wysyczała, nie wiadomo jednak pod czyim adresem.
     
  •  
     
    Napięcie rozejrzało się nerwowo, po czym zaczęło wszystko badawczo obwąchiwać, rozważając problem, czy się popsuło i czy już czuć...

    Po chwili Napięcie uznało, że trzyma i jeszcze na trochę wystarczy.
     
  • awatar
     
     
    kasiakaz
    -zamknij się - warknął baldachim do porykującej ze śmiechu Kury z Biura.- Nie psuj napięcia.
     
  •  
     
    Nagle skądś z góry rozległ się potężny odgłos, jakby gromu, jakby kamiennej lawiny. Wszyscy zamarli: Indiana, lady Cecilia, baldachim, łóżko i kobra. Odgłos narastał, przetaczał się groźnie nad ich głowami. Coraz bardziej przypominał spazmatyczny, zachłystujący się, urywany... śmiech? Śpiew lady Cecilii urwał się nagle i została tak z otwartymi ustami, a wówczas z góry odezwał się głos:
    - Jasza... oj nie mogę... ratunku... Buhahahahaha!!!!!!
     
  •  
     
    - Do mnie należy twoja krew i pot! Twój mocz i sperma... dodała nieco ciszej, choć w korytarzu jej głos nadal dudnił na najniższych rejestrach.

    Zagięła drapieżnie swe krótkie i pulchne palce, w grymasie odsłoniła małe, ostre ząbki i zrobiła krok do przodu.
    Baldachim, zwinięty w wielki węzeł,  lekko podniósł jedną ze swoich fałd, uniósł frędzle i z wyraźnym zdumieniem i rozbawieniem obserwował całą tę scenę.
     
  •  
     
    Głowę odrzuciła do tyłu i zaczęła coś cicho mamrotać. Jej głos, zwykle piskliwy i egzaltowany - teraz stał się niski i chrapliwy. Mimo tego, że przeszła od szeptu do krzyku, Indy niewiele mógł zrozumieć. Nagle do niego dotarło, że lady Cecilia mówi pismem klinowym. Ostre dźwięki układały się w sylaby, te zaś pozwalały wyłowić pojedyńcze słowa:
    Ja Miłość! Ja Śmierć! Ja Astarte!

    Indy zamarł. Teraz do niego dotarł prawdziwy sens rozmowy, którą brał egzaltowane za brednie nudzącej się kobiety.
    Astarte - Isztar... Bogini miłości i śmierci... Przedstawiana jako niewiasta o rozłożystych biodrach, osłoniętych jedynie przepaską z odciętych głów. W wyobraźni Indiany mignął obraz jego własnej głowy w kapeluszu, powieszonej poniżej talii Lady Cecilii. Na sznurku przewleczonym przez uszy...
     
  •  
     
    Na ten widok Indy zatrzymał się jak wryty. Spod jego nóg osypało się kilka mniejszych kamyków. Cofnął się o krok i stanął. Zapadła głucha cisza, której nic nie zakłócało. Nie było słychać ani tupociku lady Cecilii, ani skrzypiącego kroku łoża, umilkł też szelest jedwabiu Indy ostrożnie spojrzał za siebie i to co ujrzał zmroziło mu krew w żyłach.
    Lady Cecilia stała z uniesionymi rękami, dumnie wsparta na swych króciutkich nóżkach.
     
  •  
     
    Nagle Indy zatrzymał się jak wryty. Nie...  to już było zbyt straszne. oto pomiędzy nim, a zbawczym wylotem jaskini pełzał  potworny, gęsty, najeżony jadowitymi pyskami i wijącymi się ogonami kłąb węży.
    Ze środka kłębu podniosła się królewskim gestem olbrzymia, dostojna i śmiertelnie groźna
    KOBRA!
     
  • awatar
     
     
    kasiakaz
    Indiana opadał już z sił, jednak cały czas  biegł. Obejrzał się, zobaczył, że za baldachimem trzeszcząc niepokojąco drewnem i postukując nogami ruszyło łoże. Szybko uzyskało przewagę nad lady Cecilią, bo miało dwa razy więcej nóg niż ona.
     
  •  
     
    Nigdy nawet nie przypuszczałby, że ta niska, pulchna kobiecinka potrafi biec z taką szybkością; biec w szpilkach, po kamieniach, mało tego - ostro w górę do wylotu jaskini. I gdy Indiana kaleczył sobie dłonie i kolana na ostrych krawędziach głazów, ona lekko odbijała się od  najbardziej chybotliwych kamieni i w długich skokach zbliżała się do Indy'ego.
    Lecz lady Cecila nie była jedynym potworem, chcącym go osaczyć.
    Nagle, z niepokojącym szelestem ruszył baldachim, który niespodziewanie porzucił swoją kuszącą pozycję, a teraz kłapiąc frędzlami sunął za nimi w wężowych zwojach, złowrogo połyskując różowym jedwabiem...
     
  •  
     
    Rzucił się do panicznej ucieczki. Za sobą słyszał stukot szpilek Cecilii i jej piskliwy głosik wykrzykujący "Zaczekaj, Indy!!!". Jeszcze nigdy nie był tak przerażony, nawet, gdy w peruwiańskiej świątyni ścigała go potężna, kamienna kula.
     
  • awatar
     
     
    kasiakaz
    Indiana w głębi groty zobaczył Lady Cecile w kabaretkach i czerwonym gorsecie leząca na wielkim łożu z baldachimem w kuszącej pozycji.
     
  •  
     
    Interaktywność opowiadań wprowadza pewien poziom migotliwości fabularnej, co oczywiście może jest dobre w groteskach (ale któż pisze groteski???) a nie w tak spójnym tekście jak Twój.

    I nie pytaj, co Indiana zobaczył w głębi groty, bo absurd może być zbyt wielki, nawet jak na fan-fikcję